magazyn artluk 2/2011
Oculis corporis i oculis mentis – dualizm widzenia w twórczości Katarzyny Swinarskiej
Marta Wróblewska, historyk sztuki, filolog, menadżer kultury, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego.
Leonardo da Vinci, jeden z największych artystów w historii sztuki, twierdził, że oko to „najdoskonalsza z wszystkich rzeczy stworzonych przez Boga” . Sztuki wizualne opierają się na patrzeniu, używaniu zmysłu wzroku, który często utożsamiany jest z aktem poznania. Być może dlatego już od starożytności malarstwo było tak bardzo wyróżnianą dziedziną sztuk – Filostrat Starszy pisał: „Każdy, kto gardzi malarstwem, grzeszy przeciwko prawdzie, grzeszy też przeciwko mądrości” . Katarzyna Swinarska – zdeklarowana malarka - wielokrotnie podkreśla, jak istotny jest dla niej sam proces tworzenia, strona formalna obrazów, do której przywiązuje ogromną wagę, dążenie do uzyskania idealnego efektu malarskiego, przy zaangażowaniu raczej zmysłów niż świadomości, co nie tylko pozwala na pełne utożsamienie się i scalenie z własną twórczością, ale także dostarcza emocji często wręcz metafizycznych i transcendentalnych.
Oczy ciała (oculis corporis), zdolne postrzegać tylko świat zmysłowy, czasem w opozycji, a czasem we wzajemnie uzupełniającym się tandemie z oczami duszy (oculis mentis), mogącymi ujrzeć to, co niewidzialne, złudne – to dwie kategorie, które wydają się stanowić dwa solidne filary, na których swą twórczość buduje Swinarska. Bo czy w jej obrazach patrzenie tak zarówno ze strony widza, jak i ukazywanych modeli, nie jest kwintesencją idei, którą Swinarska konsekwentnie przemyca w każdym kolejnym cyklu malarskim? Zaskakująco często bohaterowie jej obrazów albo patrzą nam – odbiorcom sugestywnie w oczy, albo naszego wzroku unikają, albo też budują relacje wewnątrz obrazu na podstawie kontaktu wzrokowego między postaciami. Postrzegam to jako pewną próbę sił, polegającą na ostatecznym zdefiniowaniu jednostki dominującej. I tak, jeśli na wystawie pt.: „Związki rodzinne. Życie jest gdzie indziej”, prezentowanej niedawno w gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia”, akcenty siły / władzy rozkładały się między modelem a widzem w ten sposób, że władzę posiadał ten, czyj wzrok okazał się silniejszy; to na wystawie „Dziś wolałabym siebie nie spotkać”, prezentowanej w ubiegłym roku w galerii „Na korytarzu”, mieszczącej się na terenach byłej Stoczni Gdańskiej, pełna kontrola pozostawała w rękach (a raczej w oczach) artystki i ukazanych przez nią modeli.

Ten dualizm widzenia na wystawie „Związki rodzinne”, objawiał się głównie w sposobie patrzenia, który determinował w pewnym sensie często dwuznaczne i niepokojące relacje emocjonalne pomiędzy namalowanymi postaciami.
Swinarska zwraca uwagę na różnego rodzaju relacje. Przywołując motyw Piety wg Giovanniego Bellini, pokazuje związek matki z synem, zbyt namiętny, charakteryzujący się chciwą czułością matki, szukającej palącym wzrokiem zgasłego już spojrzenia nieżyjącego syna. Czy w tym przedstawieniu, od lat ilustrującym jeden z najbardziej wzruszających momentów, jakie zna chrześcijaństwo, dominuje oko ciała czy oko duszy? Teoretycznie odpowiedź jest prosta, biorąc pod uwagę karby, w jakie ujęty został przez religię chrześcijańską zmysł wzroku. Jednakże gorliwość, z jaką ukazana została miłość matki do syna, zdaje się wskazywać na pożądliwość oka, prowadzącą nieuchronnie do pożądliwości ciała.
Ta czułość stanowi zupełne przeciwieństwo kolejnego obrazu, na którym ukazany został ojciec z córką („Z tatusiem lubimy oglądać horrory”), upozowani w sposób powielający schemat Piety. Jednakże, w tym przypadku żadna z postaci nie szuka kontaktu wzrokowego z drugą. Dominującą jest postać mężczyzny, który pewny swej władzy, nonszalancko objąwszy prawie nagie ciało młodej atrakcyjnej kobiety/własności, spogląda obojętnie w kierunku widza, podczas gdy dziewczyna, ze spuszczonym wzrokiem bezdyskusyjnie podporządkowuje się jego dominacji.
Ten sam rodzaj spojrzenia, które można odczytać jako prowokacyjne, bo wyniosłe, triumfujące, wyzywające, a także lekko zuchwałe, spotykamy w obrazach inspirowanych 18-wiecznym portretem królowej francuskiej Marii Antoniny oraz hiszpańskiej infantki Małgorzaty Teresy, na podstawie znanego obrazu Velasqueza. Ta pierwsza jest uosobieniem władzy usankcjonowanej, a dlatego bezdyskusyjnej. Ozdobność i bogactwo jej stroju, niezaprzeczalne piękno i wyniosłe acz puste wejrzenie podkreślają jej pozycję, za którą kryje się zainteresowanie światem dóbr doczesnych i uciech tak fizycznych, jak materialnych, czyniąc z niej idealną personifikację tego, co rozumiemy jako oculis corporis. Mniej więcej ten sam nastrój powiela przedstawienie dziewczynki, inspirowane znanym obrazem Diego Velasqueza „Las Meninas”. Swinarska jednak, poprzez wyabstrahowanie postaci infantki (która w oryginale mimo centralnego miejsca w kompozycji, i tak nie była ideologicznie najważniejszym modelem), podobnie jak Picasso, odwróciła role w taki sposób, aby młodziutka Małgorzata Teresa stała się kluczową postacią obrazu. Artystka poszła jednak o krok dalej - poprzez ukazanie dziecięcej nagości uczyniła z barokowej laleczki dworskiej współczesną Lolitę, której cielesność rzucona widzowi w oczy, jest bardzo niepokojąca, wręcz perwersyjna, biorąc pod uwagę śmiały, kokieteryjny wzrok modelki, który nie pozwala odbiorcy pozostać w bezpiecznej pozycji obojętnego obserwatora.
Podobnie rzecz ma się z przedstawieniem dziewczyny wskazującej na swoje łono („Córeczka”). W ikonografii europejskiej znany jest motyw Venus Pudica – najpierw mylnie utożsamiany z pruderią Wenus, próbującej zasłonić swoje nagie łono, następnie zidentyfikowany jako gest wskazujący na nagość i płodność bogini miłości. Jednakże, Swinarska odziera ten gest z wszelkiego wdzięku, koncentrując się na biologicznym, pierwotnym instynkcie i bezpośredniej seksualności pozbawionej otoczki narzuconej kulturowo amour courtois.
Podtytuł wystawy „Życie jest gdzie indziej” wydawał się trafnie odnosić do serii portretów, których wzrok zawsze utkwiony jest gdzieś poza obrazem, nieuwzględniający ani widza, ani otoczenia. Oczy, zwrócone jakby skopofobicznie w głąb siebie, penetrują własne ja, wewnętrzne potrzeby i tęsknoty. To kolejna interpretacja roli oka – tym razem funkcjonującego jako narzędzie samopostrzegania, znajdujące swoje źródło w micie o Narcyzie , a dające przyczynek do autorefleksji i wnikliwej introspekcji.
Jeśli oko jest zwierciadłem duszy, to jedyną drogą do poznania intencji drugiej osoby jest spojrzenie jej głęboko w oczy. To właśnie usiłuje uczynić kobieta na obrazie pt.: „Życie jest gdzie indziej II” – spotykając się ze stanowczą odmową odwracającego od niej wzrok mężczyzny, którego obejmuje. Z kolei podczas rodzinnego obiadu na obrazie „Rodzina” relacja między matką a synem znowu oparta jest na nawiązanym przez nich kontakcie wzrokowym. Ojciec rodziny, mimo że fizycznie obecny przy stole, przedstawiony został bez oczu, przez co pozostaje nieobecny duszą. Niemniej jednak w powyżej ukazanych sytuacjach to właśnie do tego, którego wzrok jest nieuchwytny, należy władza – on jest właścicielem tajemnicy, do której nikt inny nie ma dostępu.
„Żaden zmysł tak nie przywodzi do grzechu jak wzrok” – te bardziej mroczne strony widzenia, grzechy i przewinienia oka cielesnego (oculis corporis), a także władza i kontrola, jaką za pomocą spojrzenia można posiąść, aby przenieść się na wyżyny obrazów widocznych jedynie za pomocą oka duszy (oculis mentis), były tematem wystawy „Dziś wolałabym siebie nie spotkać”, która została zaprezentowana w galerii „Na korytarzu”, mieszczącej się w sąsiedztwie pracowni artystycznych urządzonych w pomieszczeniach budynku dawnej dyrekcji Stoczni Gdańskiej. Pokazywane obrazy, tworzące ponownie rodzaj cyklu, w pewnym sensie inspirowane są produktami toksycznych systemów społecznych, kulturowych, religijnych, które obserwujemy na co dzień. Za pomocą środków malarskich, często w bardzo bezpośredni sposób, artystka obnaża mankamenty kultury masowej, prezentując wachlarz rozmaitych reprezentatywnych dla niej tożsamości, aby ostatecznie sama się w nie wszystkie wcielić.
W tym projekcie Swinarska niejako prezentuje swoją własną skróconą historię feminizmu – opierając się na wybranych ikonach, które swoją postawą zapoczątkowały pewne przełomy w historii, ukazuje bez zbędnych zawoalowań skrajne konsekwencje owych przełomów, skutkujących nadmiernym kultem ciała czy stępieniem naszej etycznej wrażliwości (Piotrowski, s. 246).
Seria małoformatowych obrazów, wykonanych w technice kolażu, przedstawiających wyzywająco upozowane nagie młode Chinki, inspirowana XIX-wieczną pocztówką z San Francisco przedstawiającą chińską prostytutkę-niewolnicę oraz współczesnymi zdjęciami pornograficznymi młodocianych prostytutek azjatyckich, które przez Internet oferują swoje usługi, bardzo silnie bazuje na kontakcie wzrokowym. „Dziewczynki” świadomie przybierają i odgrywają rolę przedmiotu - erotycznego fetyszu, rozpoznając i podporządkowując się męskiemu skopofilicznemu instynktowi. Świadomie przekształcają własne ciało w obiekt, na własne życzenie stają się „ofiarami projekcyjnego spojrzenia, internalizują je, ustawiają się w relacji do niego, konstruują siebie jako pasywne efekty władzy spojrzenia” . Dodatkowo wrażenie presji, poddańczości i podporządkowania intensyfikuje pozycjonowanie ukazanych kobiet w tzw. „żabiej perspektywie”, czyli tak, aby ich wzrok znajdował się znacznie niżej niż wzrok patrzącego. Jednakże w odróżnieniu od odpersonalizowanych aktów znanych z historii sztuki, gdzie odwrócony wzrok modelki ułatwiał widzowi-voyeurowi dostęp do ich ciał , prowokacyjne i bezpośrednie spojrzenie „Dziewczynek” jest jednocześnie narzędziem ich władzy, która pozwala dokonać przesunięcia z pozycji przedmiotu na pozycję podmiotu, dając przewagę nad swoim „panem” i tłamsząc źródło represji.
Przybieranie rozmaitych kostiumów, ukrywanie prawdziwego Ja za licznymi maskami, odgrywanie przeróżnych ról to aspekty, które zajmują niezwykle istotne miejsce w twórczości Swinarskiej. Swoistą klamrą, a także odautorskim komentarzem do całej wystawy „Dziś wolałabym siebie nie spotkać” było wideo „In Heaven Everything is Fine”, złożone z 4 aktów: „ekspozycja”, „tworzenie”, „uwielbienie” i „uwodzenie”, w których Swinarska po kolei odgrywa role, wcześniej utożsamiane przez bohaterów jej obrazów. Jest modelką / przedmiotem spojrzenia – eksponuje swoje nagie ciało, które pokrywa farbą, przyoblekając się w kostium potrzebny do odgrywania kolejnych ról. Jest twórcą – maluje obraz, przedstawiający męskie stopy, które następnie stają się przedmiotem jej kultu. Artystka sprawnie lawiruje pomiędzy punktami ciężkości – z podmiotu staje się przedmiotem i na odwrót. W jednej chwili jest stwórcą, żeby w następnej przekształcić się w bałwochwalcę, oddającego hołd u stóp niezidentyfikowanego bożka, tylko po to, żeby na końcu zamienić się we władczą Cesarzową Wu, uwodzicielską Marylin Monroe, oraz niepokojąco erotyczną chińską prostytutkę razem wzięte. Spojrzenie świdrujące widza, daje jej siłę, pewność siebie i przede wszystkim władzę. Świadomie przybierając pozycję ekshibicjonistyczną, przypisywaną zwyczajowo kobiecie, artystka z premedytacją godzi się na pełnienie funkcji obiektu oglądanego i pokazywanego. Jednakże, właśnie ta premedytacja i świadomość narzuconej sobie roli, są w pewnym sensie kontestacją tej roli.
Zastanawiając się nad wspomnianym na początku dualizmem widzenia, reprezentowanym przez oko ciała i oko duszy, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „In Heaven Everything is Fine” to film także o tworzeniu sztuki, o procesie i ideologii, towarzyszącej powstawaniu dzieła malarskiego. To manifestacja deklarowanej miłości do malarstwa, a także opowieść o rolach, w jakie artysta-twórca wciela się, aby osiągnąć kolejny pułap wtajemniczenia, to w końcu mistyka tworzenia, polegająca na: ekspozycji – czyli udostępnianiu cząstki siebie publiczności poprzez wystawianie prywatnej twórczości na widok publiczny; tworzeniu – radości i uniesieniach związanych z dotknięciem Absolutu, poprzez zakosztowanie siły kreacji nowych bytów, rozpracowywanie kolejnych emocji i zagadnień; uwielbieniu – wobec sztuki, dającej możliwość spełnienia (warto wspomnieć, że źródłem inspiracji artystki malującej stopy męskie były w tym przypadku obrazy Andrzeja Wróblewskiego); oraz na uwodzeniu – widza swoją twórczością. To także próba rzucenia wyzwania, zapanowania tak nad materią sztuki, jak i nad jej odbiorcą, objęcia władzy poprzez spojrzenie artystki, która podczas procesu kreacji, wykorzystując właściwości zarówno oculis corporis, jak oculis mentis, zbliża się do poznania/ujrzenia tajemnicy istnienia, przejmując na chwilę rolę Stwórcy.
Alicji walka
ze smokiem
GRUDZIEŃ 2010
Sugestywne, malowane zamaszystymi pociągnięciami
pędzla obrazy Katarzyny Swinarskiej są komentarzem
do rzeczywistości, w której role płciowe przestają powoli
pełnić swoją funkcję. Artystka w niezwykle szczery sposób
stawia pytania, nad którymi dawno przestaliśmy się zastanawiać.
Tajemnica boskości, życia i śmierci, pytania o dobro
i zło, o sprawiedliwość i sens wciąż pozostają bez odpowiedzi,
których jednak autorytarnie udzielają wszystkie systemy
religijne. – Jak wyglądałaby nasza cywilizacja, gdyby odrzucić
odpowiedzi podsuwane przez religię i tradycję? – pyta
Katarzyna Swinarska w rozmowie z Grzegorzem Rowickim.

Czy artyści mają dzisiaj do przekazania odbiorcy uniwersalne treści? Zadaniem sztuki jest odnoszenie się do ponadczasowych, nieprzemijających wartości. Tymczasem coraz częściej dzieje się tak, że artyści rozpatrują zjawiska które mają wymiar lokalny, bardzo hermetyczny które po latach tracą na znaczeniu.
Jeśli chodzi np. o sztukę religijną to służyła ona różnym celom. Przede wszystkim gloryfikowała system władzy stworzony przez instytucję jaką jest Kościół. Czym innym z kolei było poszukiwanie sacrum. I to poszukiwanie tajemnicy stworzenia wydaje mi się najważniejszym zadaniem sztuki także dzisiaj. Oczywiście są artyści, którzy się tym w ogóle nie interesują. Większość jednak trapi niepokój o sens życia.
Sądzisz, że to szczęśliwa okoliczność, kiedy artysta może odnosić się do tego co mistyczne ?
Mitologia, przekazy biblijne są najbardziej uniwersalną inspiracją dla sztuki. My, artyści przetwarzamy je na swój sposób i dyskutujemy z nimi. Np. mit o jabłku w którym Ewa zerwała owoc z drzewa poznania dobra i zła rodzi pytanie, dlaczego w naszej religii to jest czyn potępiony ? Przecież ona była ciekawa prawdy. W kulturze chrześcijańskiej jest to pierwszy i najgorszy grzech. Dla mnie jest to pierwsze zakłamanie. Religia nie może zakazywać człowiekowi poszukiwania. Człowiek jest istotą uduchowioną, jego zadaniem jest dążenie do doskonałości poprzez poszukiwanie prawdy.
To pokazuje, że u samego zarania naszej cywilizacji leżał bunt. Jeśli wziąć dosłownie ten przekaz biblijny, to całej naszej cywilizacji w ogóle by nie było, gdyby nie ten pierwszy grzech, który okazał się dla nas fundamentem istnienia.
Religia jest bardzo potrzebna człowiekowi, ale w tej postaci najczystszej, która właściwie nie istnieje w żadnej cywilizacji. Wszystkie religie od kiedy się zinstytucjonalizowały, starają się manipulować społecznościami. Wszelkie poszukiwanie jest zakazane, wierny ma wykonywać tylko co mu się nakazuje i nie wolno mu za dużo myśleć. To jest jakaś bzdura, że człowiek się nie może samodzielnie rozwijać, myśleć, badać, błądzić i upadać. Jeśli religia, której funkcją powinno być badanie tajemnicy, odkrywanie sacrum, ma podobny system jak władza polityczna to jest to oszustwo. Popatrzmy na hinduizm. Tysiące lat temu zwycięskie plemię wymyśliło bardzo precyzyjny podział społeczeństwa na kasty, który umożliwia uprzywilejowanej grupie korzystać z usług pozostałych kast i wykorzystywać tę najniższą, która nie ma żadnych, nawet podstawowych praw. To jest wymyślony system i obwarowany otoczką religijności. Czy to nie jest niezwykłe, że masy ludzi ulegają nakazom, które nie pozwalają im się rozwijać i godnie żyć?
Ale to rolą sztuki jest właśnie bunt przeciwko temu, przedstawianie w krzywym zwierciadle tego co oglądamy na co dzień.
Taka rola sztuki jest bardzo istotna, ale czy sztuka jest w stanie temu zadaniu podołać? Wyłamać się z systemu w którym bądź co bądź funkcjonuje? Interesuję się tzw. „sztuką krytyczną”, ale podzieliłabym ją jeszcze na „strategiczną” i „natchnioną”. Są artyści, którzy planują swoje dzieła, projektują, wymyślają jakiś przekaz, który ma na celu prowokację czy określony odzew społeczny. Ale jest też taki rodzaj sztuki, gdzie artysta poprzez akt tworzenia odkrywa tajemnicę, nie jest do końca świadomy tego co robi, w pewnym sensie jest tylko medium. Dzieło czasem zaskakuje jego samego, nie jest zaplanowane, jakby było nie tylko wynikiem osobistych przeżyć, ale także wynikiem czegoś co ma związek ze zbiorową podświadomością czy z sacrum. Zbigniew Libera nazwał takich artystów głupkami bożymi. Ja chyba nie należę do tego typu artystów, ale znam takich i podziwiam. Dla mnie to są geniusze, którzy tworzą i to się dzieje niejako poza ich udziałem, siła wyższa nimi kieruje. Jednak większość interesujących artystów posługuje się zarówno intuicją jak i myśleniem koncepcyjnym.
Co jest dla Ciebie inspiracją do tworzenia. Kiedy pojawia się temat, to jest to efekt tego co intelektualnie gdzieś tam przetworzyłaś, czy też coś co się objawia znienacka i czujesz, że musisz to namalować natychmiast
Wciąż jeszcze przetwarzam moje doświadczenia, traumy, niepokoje, szukam dla nich odpowiedniego wyrazu. Jednak bardzo często nowe zdarzenia budzą we mnie obrazy o których nawet nie wiedziałam, że są.
Malujesz kobiety i mężczyzn i ta interakcja między nimi jest wyraźna. Tylko, że kobiety są ładniejsze.
Ładniejsze ? Według mnie wcale nie. Masz pewnie na myśli cykl obrazów, który namalowałam na początku 2009 roku w odpowiedzi na presję którą poczułam ze strony pewnego marszanda. To było przewrotne z mojej strony. Wszystkie te piękne, seksowne dziewczyny nosiły w sobie ogromny ładunek gniewu, a przede wszystkim nie były przedmiotami tylko podmiotami. To była taka moja gra z potencjalnym widzem, który kupuje sobie ekstra babeczkę, żeby udekorować swój living –room, i ten obraz go zmienia, wchodzi w jego życie i powoduje lekkie przesterowanie jego świadomości. Natomiast mężczyźni w moich obrazach są piękni, bierni i bardzo zmysłowi. Teraz pracuję nad cyklem obrazów pt. „dewocjonalia”, w którym maluję ciało męskie posągowo piękne, ale też posągowo nieosiągalne. Myślę, że sam pomysł stworzenia tego cyklu ma źródło w kulcie męskości, który obecny jest w kulturze chrześcijańskiej, a więc i europejskiej. Ten kult męskości z jednej strony podważam i kontestuję a z drugiej też mu się poddaję… Bo czy można przekonywująco opowiedzieć o uczuciu którego się nie podziela?
Jako dziecko miałam dużą skłonność do mistycyzmu i zdarzało mi się leżeć plackiem w kościele. Czy zauważyłeś jak podczas świąt paschalnych kobiety ustawiają się w kolejce po to żeby całować stopy Chrystusa? Często też zakochują się w księżach. On niby jest mężczyzną, istotą ziemską i seksualną, ale określa go funkcja religijna. Powoduje to, że kobietom się wydaje, że pożądanie księdza to nie jest grzech. Mamy do czynienia z oczyszczeniem sfery publicznej z widoku męskiego ciała, upodmiotowieniem i uświęceniem ciała męskiego oraz uczucia pożądania do niego. Kult męskiego ciała ma bardzo duże znaczenie w naszej kulturze.
Wśród kobiet.
Mężczyzn nie ?
Nie znam dużo mężczyzn, którzy mają jakiekolwiek odniesienie do męskiego ciała, za wyjątkiem gejów. Mężczyzna zazwyczaj patrzy na drugiego mężczyznę jako na potencjalnego rywala i chyba jest najdalszy temu żeby podziwiać jego takie czy inne części ciała.
Ostatnio odbyłam rozmowę kwalifikacyjną, na której komisja składała się głównie z mężczyzn. Wywiązała się dyskusja o obrazowaniu Boga w sztuce. Kiedy podważałam zasadność przedstawiania Boga jako mężczyznę, Panowie z komisji nadzwyczajnie się obruszyli, no bo jakże mogliby ubóstwiać kobietę? W naszej kulturze uważa się że męskie ciało jest czymś lepszym, bardziej uduchowionym, czymś bliżej nieba.
Może to efekt patriachalnego systemu, który pozycjonuje mężczyznę na wiodącej funkcji, jeśli ktoś ma być przewodnikiem to musi to być mężczyzna. Abstrahując od tego, więcej jest dowodów na to, że to system matriarchalny był u początków naszej cywilizacji i to kobiety były istotami bardziej cenionymi i ważniejszymi. Pierwsze wyobrażenia bóstw są przecież żeńskie.
Na twoich obrazach różnica między płciami i napięcie jakie się tworzy między nimi jest rozpoznawalna i bardzo istotna.
Różnica płci jest dla mnie problematyczna. Mam jakąś głęboką potrzebę równości, równych szans, a z niepokojem obserwuję wpływ płci, która jest przecież atrybutem całkowicie przypadkowym i wydawałoby się drugorzędnym, na rozwój jednostki. Interesuje mnie na ile różnica płci ma wpływ na myślenie, na zdolność postrzegania rzeczywistości. Bardzo mnie to nurtuje. Szukam odpowiedzi na pytanie na ile jest to stan, który wynika z naszej kultury, a na ile to jest naturalne.
Kiedyś wojny odbywały się z powodu kobiety, przez Kleopatrę rozpadło się imperium. Jesteśmy na innym etapie życia społecznego i te relacje męsko - damskie wymagają nowego przetworzenia w sztuce.
Niby się wszystko zmienia . Ale jednak mężczyźni nadal pragną władzy. To mnie dziwi, a po co im to. To jest źródłem większości wojen i konfliktów.
Bo kobiety lubią mężczyzn u władzy. Mężczyźni zdobywają władzę żeby zdobyć kobiety
Ale w jakim sensie ?, żeby zdobyć miłość kobiety czy zdobyć je jako przedmiot?
To już jest kwestia kto jest bardziej wysublimowany, będę bardzo brutalny jeśli powiem że w większości przypadków chodzi jednak o zdobycie kobiety jako przedmiot.
Strasznie mnie to u kobiet drażni, że ulegają temu stereotypowi i zachowują się dokładnie tak jak są postrzegane. W środowiskach w których traktuje się je przedmiotowo, tak właśnie wyglądają, pielęgnując swoje cechy fizyczne, biologiczne i zaniedbując duchowe i intelektualne.
Bo kobieta ma silny instynkt potrzeby bezpieczeństwa. Jeszcze przez wieki całe będziemy poddani tym atawistycznym mechanizmom , bo mężczyzna który ma władze może zapewnić większą ochronę, może przynieść więcej pożywienia do domu, i może odgonić wroga.
I to właśnie mnie martwi. Bo ja chciałabym być kobietą wolną, niezależną.
Święty Jerzy zabił smoka dla biednej, pasywnej kobiety. Może nadszedł czas, że kobiety zaczną zabijać smoki dla pięknych, bezbronnych mężczyzn.
Mężczyźni powinni rozwijać w sobie cechy żeńskie, a kobiety cechy męskie, w dążeniu do pełnego, wszechstronnego rozwoju. Ktoś kto się zamyka w swojej roli płciowej ogranicza się.
Czy nie uważasz że w ogóle sam fakt różnienia się, że mamy odmienne psychiki i odmienne ciała, jest twórczy i pożądany. Koniec świata nastąpi wtedy kiedy przestaniemy się różnic.
To jest oczywiście cudowne, dopóki te różnice są subtelne i jest możliwa interakcja. Ale w momencie kiedy następuję silny rozdział i polaryzacja, zanika przepływ energii i to nie jest rozwojowe, ale destrukcyjne. Wtedy pozostaje już tylko napięcie seksualne, które też mnie bardzo intryguje. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu sfer naszego życia która jeszcze jest poza sztucznością: naturalna, szczera. W przedstawieniu, w sztuce poszukuję istoty rzeczy… i właśnie energia seksualna wydaje się być bardzo blisko tej pierwotnej energii.
Dla wielu artystów ważnym odniesieniem są problemy globalne współczesnego świata. A dla Ciebie ?
Nie jest mi obojętne co dzieje się na świecie, ale nie mam telewizora i dawkuję sobie informacje. Trudno mi jest się pogodzić z problemem niesprawiedliwości, nierównego podziału dóbr. Jak to jest, że głównym problemem mieszkańców zachodniej Europy i Stanów jest odchudzanie, kiedy dzieci w Afryce umierają z głodu, że jedni mają dużo więcej niż są w stanie przejeść, a drudzy nie mają podstawowych dóbr do przeżycia. To we mnie jest i na pewno ma jakiś wpływ na malarstwo. Strasznie drażni mnie też arogancja europejczyków i amerykanów, którym wydaje się, że są lepsi, mądrzejsi i mają prawo decydować o losach innych państw, interweniują zbrojnie, poniżają ludność lokalną, wykorzystują naturalne bogactwa i autorytarnie wymierzają kary jeśli uznają to za stosowne.
A co w dziedzictwie kulturowym sztuki jest dla Ciebie inspiracją ?
Bardzo mistyczne malarstwo 15-wieczne. Kocham średniowieczne przedstawienia świętych, grzeszników i wczesny renesans włoski. Intrygują mnie przedstawienia związane ze śmiercią, tajemnicą, transcendencją. Chociaż muszę przyznać, że z niedawnych wizyt w muzeach największe wrażenie zrobili na mnie „Ambasadorowie” Holbeina: obraz bardzo świecki ale genialny! Wydaje mi się, że jeśli chodzi o technikę malarską, to już w XVI wieku osiągano taką doskonałość, że teraz malarstwo musi iść w zupełnie inną stronę, bo tamtych obrazów po prostu nie da się prześcignąć.
Jest coś w twoich o obrazach z ikon, takie mocne skupienie się na twarzy, na postaci. W zasadzie nie ma na nich przedmiotów.
Chyba masz rację. Byłam parę lat temu w Moskwie i tam odkryłam dla siebie ikony. Przedtem sądziłam, że są to niewielkich rozmiarów, hieratyczne obrazki, często przykryte srebrnymi koszulkami. Natomiast w Galerii Trietiakowskiej ze ścian spoglądały na mnie naturalnej wielkości portrety świętych z XII, XIII-go wieku, o płomiennym wzroku, wspaniałe, przejmujące.
Powiedziałaś kiedyś, że czasami patrzysz na świat oczami dziecka. Pielęgnujesz w sobie dziewczynkę, Alicję a krainie czarów.
Niedawno spotkałam się z przyjaciółką z liceum. Przed kilkunastu laty siedziałyśmy w jednej ławce i pisałyśmy odjechane opowiadania. Podczas spotkania zapytała mnie zdziwiona – Kasia, czemu ciągle się buntujesz, mogłabyś z tego już wyrosnąć. Ale ja się z tego cieszę. Tak naprawdę to co jest we mnie z dziecka jest prawdziwe, szczere. Dzieci są bezinteresowne i idealistyczne. Jeśli kontynuuję drogę, którą zaczęłam w dzieciństwie, to znaczy że jest to dobra droga, jeśli natomiast gdzieś zbaczam na manowce wygodnictwa to zaczynam się niepokoić. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że możliwość dokonywania takich wyborów jest luksusem. Jeśli mowa o Alicji w krainie czarów, to myślę o jej współczesnej, filmowej wersji z Johnnym Jeepem i uroczą Mią Wasikowską w roli głównej. W tym filmie poruszyły mnie dwie rzeczy: motyw rozpoznania bohaterki i jej bohaterskiej walki. Kiedy Alicja wylądowała w krainie czarów, wszystkie postacie zadawały jej kolejno to samo pytanie „czy jesteś TĄ Alicją?”. Dziewczyna jednak nie znała odpowiedzi. Dopiero kiedy znalazła ją w sobie i zrozumiała, że jest właśnie tą, szczególną osobą, wiedziała już, że będzie musiała stoczyć walkę z okropnym smokiem: mała, przerażona dziewczynka w pięknej rycerskiej zbroi … musiała znaleźć w sobie ogromną siłę, żeby pokonać bestię.
Jak patrzysz na twórczość innych artystów, na sztukę, która cię otacza.
Jest wielu współczesnych polskich artystów których bardzo cenię, i którzy są absolutnie oddani temu co robią. Moim bohaterem jest Wilhelm Sasnal, lubię myśleć o nim kiedy maluję, nie dlatego, żeby go naśladować, raczej po to, żeby poczuć się trochę jak facet i wprowadzać ten aspekt do mojego malarstwa. Podobają mi się ogromnie prace wideo Katarzyny Kozyry, szczególnie te w których autorka posługuje się śpiewem operowym i kostiumami. Interesują mnie też bardzo artyści poruszający problemy społeczne, często robią rzeczy bardzo świeże, obnażające stereotypy zmuszające do myślenia. Lubię kiedy sztuka wchodzi z zaskoczenia w życie ludzi, atakuje ich kiedy zupełnie nie są na to przygotowani i zastanawiają się, n.p. „czy kupić łopatkę bez kości czy mielone?” Pamiętam taki cykl billboardów, projektowanych przez znanych obecnie artystów, który nagle pojawił się na ulicach w latach 90-tych – zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.
Generalnie muszę przyznać, że poruszają mnie obrazy, niekoniecznie malowane: mogą to być zdjęcia czy filmy, ale chodzi mi o płaskie przedstawienia rozgrywające się w prostokącie – instalacje w przestrzeni nie dotykają mnie tak bardzo.
Czy są jakieś współczesne obrazy które cię elektryzują, docierają do twojej duszy ?
Poza pracami Luca Tuymansa, które widziałam w Zachęcie, prawdziwym odkryciem była dla mnie Marlene Dumas w Tate Modern, w Londynie. Zakochałam się w jej obrazach, obcowanie z nimi to prawdziwa radość i uczta. Zazwyczaj jest tak że jeśli nas coś zachwyca to wtedy kiedy odnajdujemy w tym cząstkę siebie, jej prace są mi bardzo bliskie.
Historie rodzinne w Łaźni
Dorota Karaś, Gazeta Wyborcza Trójmiasto


(© fot. materiały promocyjne)
Obrazowi życia rodzinnego, relacjom męsko - damskim oraz więziom łączącym rodziców z dziećmi poświęcone są dwie nowe wystawy w gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Więcej te dwie wizje jednak dzieli, niż łączy. "Związki rodzinne/Życie jest gdzie indziej" trójmiejskiej artystki Katarzyny Swinarskiej i "Loss of Sorrow. Oda do zmarłych matek" Holenderki Rosy van Hofwegen to dwa nowe projekty, które od piątku oglądać można w CSW Łaźnia. Choć posługują się innymi środkami, obie artystki analizują ten sam, temat: życie rodzinne. Więcej te dwie wizje jednak dzieli, niż łączy.
Malowane szerokimi pociągnięciami pędzla, ekspresyjne obrazy Katarzyny Swinarskiej analizują sytuacje i strategie znane z codziennego życia. "Rodzina" - przy stole dziecko, matka i ojciec. Sielska wizja wspólnego posiłku zakłócona jest przedstawieniem ojca - artystka pozbawiła go twarzy, malując w tym miejscu pusty owal. "Córeczka" to skadrowana od szyi w dół dziewczęca postać w krótkiej spódniczce i dwuznacznej pozie. "Matka" - twarz dojrzałej kobiety przytulającej się do dorosłego, śpiącego syna. "Z tatusiem lubimy oglądać horrory" - ojciec i córka w pozie przywołującej skojarzenia erotyczne.
Katarzyna Swinarska nie epatuje kolorami, jej obrazy utrzymane są w chłodnych barwach, to podkreśla wyobcowanie i samotność bohaterów jej obrazów. Drążąc współczesne tematy odwołuje się do historii sztuki. "Dzieciństwo" uosabia "Infantka" Velazqueza, pozbawiona ubrania i uwięziona w obręczach, podtrzymujących suknię. O relacjach między matką a synem opowiadają obraz z cyklu "Synuś", przywodzące na myśl Pietę. Ten pesymistyczny obraz rodziny pogłębia video "Rodzina. Performance" - przewrotny zapis rzeczywistej sytuacji rodzinnej, podczas której to kobieta, a nie mężczyzna, wygłasza szowinistyczne sądy. Katarzynie Swinarskiej rodzina kojarzy się z presją, konwencją, zakłamaniem i obłudą, jest ograniczeniem wolności jednostki. Jednocześnie artystka przyznaje, że niezwykle trudno jest uniknąć którejś z narzucanych nam ról - matki, córki, syna, czy ojca.
Zupełnie inaczej na relacje rodzinne patrzy Rosa van Hofwegen, której wystawa sąsiaduje z obrazami i video Swinarskiej. Projekt holenderskiej artystki poświęcony jest zmarłym matkom. Artystka zaczęła go realizować po śmierci swojej matki. Najbardziej poruszająca część to przypominająca nieco kolumbarium, instalacja "Utrata żalu". Rose Van Hofwegen poprosiła osoby w różnym wieku, by przekazały jej pamiątki po zmarłych matkach. W instalacji srebrne puzderko, kości do gry i notatki z wynikami rozgrywek sąsiadują z pluszową małpką i gipsowy aniołem. Żal miesza się z sentymentalizmem, ale trudno obok tych przedmiotów przejść obojętnie. Holenderska artystka ociera się o dosłowność tworząc np. makatkę z pasków swojej mamy, w które wplotła swój własny pasek. Teatralny charakter ma instalacja "Pamiętaj o mnie" - ustawione na środku pustej przestrzeni krzesło, a na nim otwarta damska torebka. Na wierzchu - portfel, w który wmontowana została cyfrowa ramka ze zmieniającym się fotografiami. Są również zdjęcia, na których artystka pokazuje, w formie tryptyku mieszkanie swojej matki po jej śmierci - wygląda tak, jakby ktoś opuścił je tylko na chwilę. Obok łóżka wciąż leży niezjedzona pomarańcza.Trudno oprzeć się wrażeniu, że projekt Rosy van Hofwegen ma charakter nie tylko autobiograficzny ale i terapeutyczny.
Która z wizji związków rodzinnych jest bardziej przekonująca? Dla mnie bliższa od osobistego projektu Rosy van Hofwegen, jest chłodna analiza Katarzyny Swinarskiej. Nawet jeśli z jej diagnozą nie do końca się zgadzam.
Katarzyna Swinarska, "Związki rodzinne/Życie jest gdzie indziej", Rosa van Hofwegen "Loss of Sorrow. Oda do zmarłych matek", CSW Łaźnia, Gdańsk, ul. Jaskółcza 1, wystawy czynne do 9.12, bilety 5 i 3 zł. |